MOJE WSPOMNIENIA Z WARSZTATÓW VIPASSANY cz.1.
Medytacja » MOJE WSPOMNIENIA Z WARSZTATÓW VIPASSANY cz.1.
TORNADO
Ostatnie dwa i pół roku były w moim życiu czasem gwałtownych zakrętów i nagłych zmian dotkliwych i bolesnych. Nawet jeśli wydarzały się dobre rzeczy, spadały na mnie jak piorun z jasnego nieba wywracając moje jakże niedoskonałe ale znane mi i w miarę spokojne życie. Odnosiłam wrażenie, jakby miotało mną jakieś tornado. Raz pod górę raz w dół, jak na diabelskim młynie. Na dodatek miałam poczucie, że zupełnie nie mam kontroli nad tym co się dzieje. Czułam, że LOS znalazł szczególne upodobanie w udręczaniu mnie i ze stoickim spokojem przyglądał się czy mój pojazd wypadnie z drogi na kolejnym zakręcie.
Pod koniec 2007 roku byłam już boleśnie poobijana ale właśnie powoli zaczęłam się podnosić kiedy tornado nabrało straszliwego przyspieszenia. Wszystko oprócz jednej rzeczy przestało mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Działałam jak nakręcona zabawka. Szpital- praca- dom- szpital- praca- dom- szpital...wszędzie i nigdzie...nie widziałam już ani drogi przed sobą , ani zakrętów. Miałam tylko przeświadczenie, że właśnie zmierzam nieuchronnie do jakiejś przepaści bez dna.
Przez ekran mojego komputera przebiegło hasło Vipassana i poczułam, że jest mi ono jakoś dziwnie bliskie. Samo hasło brzmiało nie wiedzieć dlaczego trochę jak jakiś balsam. Nie bez wahania i rozterek wysłałam aplikację. Miejsc już nie było, ale miałam czekać, może się zwolni. Zwolniło się. Otrzymałam całą listę : jak się przygotować, co brać, czego lepiej nie, jak dojechać. Regulamin warsztatów znalazłam na stronie internetowej. Chciałam, ale z drugiej strony obawiałam się , że siostra ze swoją złamaną nogą nie będzie mogła mnie zastąpić przy sparaliżowanej matce w szpitalu. Jechać... nie jechać...a co jeśli wtedy...i bałam się nawet w myślach wypowiedzieć to słowo.
CISZA PO BURZY
Lipiec 2008. Nastała przenikająca wszystko cisza. I znowu LOS wziął sprawy w swoje ręce. Po pogrzebie mojej matki snułam się bezmyślnie ulicami i nie bardzo wiedziałam czym wypełnić tę ciszę. Przygotowania trwały krótko i oto jadę do Starkowa.
DZIEŃ ZERO
W Zbąszynku dosiadło się sporo ludzi z plecakami. Pomyślałam, że pewnie część z nich jedzie tam gdzie ja. Niedaleko zajęła miejsce młoda dziewczyna z małym plecakiem , do którego przymocowany był kolorowy jasiek. O, ta to na pewno na Vipassanę. Pewnie zamierza siedzieć na tym jaśku. Pomyślałam, że moja poduszka do medytacji jest ciężka , trzeba było wziąć jasiek.
Zatrzymujemy się w szczerym polu, tylko napis STARKOWO świadczy, że jestem na miejscu. Wysiadam i z radością zauważam, że ta młoda dziewczyna wysiada również. No to idziemy razem.
..." Do you speak english? "... Jasne, że " spik inglisz" ale kiepsko i już dawno nie ćwiczyłam. Mówię, że tak , ale bardzo słabo. Uśmiecha się sympatycznie. Ma na imię Ann i jest z Niemiec. Gada i gada , a ja niewiele rozumiem. To pół biedy. Mogłabym grzecznościowo kiwać głową, ale ona mi najwyraźniej zadaje jakieś pytania . Kręcę głową, że nie wiem o co jej chodzi . Jestem na siebie zła, że zaniedbałam naukę angielskiego.
Wejście do szkoły od strony boiska jest otwarte ale w szkole jeszcze nikogo nie ma. Tuż przy drzwiach na ścianie wisi kartka z prośbą , żeby zdjąć buty i po szkole poruszać się boso lub w kapciach, bo piasek się nanosi. Posłusznie obie zdejmujemy buty. Zostawiamy je pod ścianą razem z bagażem. Idziemy szkolnym korytarzem boso. Gdziekolwiek wisi cokolwiek na ścianie, jest szczelnie zakryte szarym papierem, okna też. Zaglądam do pierwszego z brzegu pokoiku. Biurko, szafki, krzesełka, na podłodze leżą trzy materace. Aha... tak będziemy mieszkać, myślę. O.K. Wiem, że ma być skromnie. Uważam, że jest nieźle, schludnie.
Niespodziewanie pojawia się przed nami miła, młoda, serdecznie uśmiechnięta dziewczyna. Jest ubrana nad wyraz skromnie, zero makijażu, zero ozdób, prosto zaczesane włosy. Promienieje jednak od niej coś dziwnego i przenikającego mnie do głębi. Nie mogę oderwać od niej oczu. Idziemy razem do stołówki. Tu też jest skromnie ale schludnie. Rzędy stolików przykrytych ceratą i krzesła. Okna jak wszędzie zakryte szarym papierem. Wypełniam ponownie bardzo szczegółową aplikację. Odpowiadam na drobiazgowe pytania dotyczące zdrowia, pracy i osobiste dane. Następnie składam podpis, że nie wyjadę przed zakończeniem warsztatów, i że z pełną świadomością zgadzam się na przestrzeganie obowiązującego tu regulaminu. Oddaję do depozytu na czas pobytu telefon, dokumenty, portfel, gazety i kilka innych drobiazgów, aby się o nie nie martwić kiedy będę siedzieć całymi dniami na sali medytacyjnej. Jedzenie, jeśli mam mogę zjeść lub oddać do kuchni. Dostaję karteczkę z numerem pokoju i materaca. Jestem zalogowana - myślę.
Odkrywam z radością, że będę mieszkać w tym samym małym, schludnym pokoiku, gdzie wcześniej zaglądałam. Blisko do wyjścia. Blisko do łazienki. Blisko do ściany informacyjnej, gdzie rozwieszone są kartki z programem zajęć i inne ważne dla nas pouczenia. Informacje są po polsku i po angielsku. Pokój, w którym zamieszkałam był jedyny chyba jak się potem okazało, w którym nie pozaklejano papierem okien. Była za to błękitna roleta. Na wprost okna w odległości jakieś 300 metrów na niedużym wzniesieniu stoi mały urokliwy kościółek. Zastanawiam się, gdzie jest sala medytacyjna.
Po jakimś czasie, kiedy z zapamiętaniem układałam swoje rzeczy w szafce i na półce, pojawiła się druga osoba w naszym pokoju, potem jeszcze jedna. Miałyśmy trochę czasu , żeby się zapoznać. Irena, przyjechała z wyspy Wolin, Danusia aż z Włoch. Każda z nas wiąże z tym pobytem jakieś nadzieje, ale też obawy. Jak to będzie, czy da radę? Nie wiemy co nas czeka. Jesteśmy po raz pierwszy. Opowiadamy o sobie chaotycznie, wszystkie jednocześnie, dużo i nieskładnie. Wiemy, że to ostatnie godziny rozmów. Kiedy po wieczornym spotkaniu zacznie obowiązywać SZLACHETNE MILCZENIE , będzie ono trwało aż do ostatniego dnia. Nie będziemy rozmawiać ani porozumiewać się ze sobą w jakikolwiek sposób. Ani kontakt wzrokowy, ani fizyczny, ani pisemny, ani żaden inny. Dom kobiet. Dom mężczyzn. Jadalnia przedzielona kotarą. Mężczyźni i kobiety osobno. To samo w sali medytacyjnej. To samo na boisku, które zostało sznurkiem podzielone na teren dla kobiet i dla mężczyzn. Nie bardzo sobie to wyobrażam, żeby tak przez tyle dni...
Spotkanie organizacyjne mamy w stołówce. Na razie wszyscy razem. Jeszcze raz informowani jesteśmy punkt po punkcie o szczegółach regulaminu. Słucham , rozumiejąc coraz lepiej, że stawiane nam wymagania nie są bezpodstawne, że podyktowane są uzasadnioną potrzebą. Mają nam wszystkim stworzyć możliwości oderwania się od stresującej codzienności i maksymalnego skupienia na Vipassanie. Jestem nastawiona raczej optymistycznie. Dzięki dotychczasowej systematyczności w jodze, 10 godzin siedzenia dziennie nie powinno mi sprawić większych trudności. Wierzę, że będzie mi łatwiej. Jednak na czas pobytu tutaj muszę zapomnieć o jodze. Zgodnie z regulaminem zabrania się praktykowania na własną rękę czegokolwiek.
Na wczesną kolację składa się zupa z soczewicy i herbata owocowa. Lubię soczewicę, często przyrządzam ją w domu, dlatego zajadam zupę. Wciąż legalnie, patrzę po innych uczestnikach. Na twarzach niektórych osób maluje się zakłopotanie. Chyba po raz pierwszy jedzą soczewicę. Cóż. Większość z nas robi tutaj coś po raz pierwszy.
Wieczorne spotkanie w sali medytacyjnej ma charakter informacyjny. Otrzymuję miejsce numer 14 , które będzie mnie obowiązywać do końca pobytu. Wyczytywani wchodzimy pojedynczo, zostawiając obuwie pod ścianą i zajmujemy miejsca. Na podłodze leżą równiutko rozmieszczone materace w szarych poszewkach. Rozkładam na materacu kocyk i poduszkę do medytacji. Powoli sala się zapełnia. Panuje tu jak wszędzie przyjemny półmrok. Okna są przysłonięte papierem. Ma to swoje dobre strony, bowiem sala dzięki temu nie jest zbyt nagrzana słońcem mimo upału na dworze. Powoli ustaje szelest przesypującej się gryczanej łuski w poduszkach.
Wszyscy siedzą cicho, wyczekująco. Do sali wchodzi bezszelestnie smukły, niewiarygodnie wyprostowany mężczyzna podchodzi do podium i siada krzyżując nogi. To nasz nauczyciel z Nowej Zelandii. Włącza magnetofon. Odtąd będzie nam towarzyszyć z kasety głos Goenki - założyciela Akademii Vipassany w Indiach, który będzie udzielać nam tą drogą instrukcji.
Męski, dźwięczny głos odśpiewuje w archaicznym języku kilka strof będących dobrymi życzeniami skierowanymi do medytujących ale też do reszty świata...Uświadamiam sobie, że właśnie się zaczęło...Jeszcze nie wiem dokładnie co, ale podświadomie wyczuwam, że to co się wydarzy w ciągu najbliższych dni być może zburzy budowany przez całe lata gmach moich przekonań, wartości, pielęgnowanych lęków i bólów nie tylko fizycznych. Kiedy wracamy po wieczornych zajęciach idziemy pojedynczo, każdy patrzy pod nogi lub w bliżej nie określoną przestrzeń przed sobą. Starannie unikamy jakiegokolwiek kontaktu. Wszyscy w ciszy i skupieniu. Sami ze sobą. Jakby nikogo wokół nas nie było.
Koniec części pierwszej.
Ostatnie dwa i pół roku były w moim życiu czasem gwałtownych zakrętów i nagłych zmian dotkliwych i bolesnych. Nawet jeśli wydarzały się dobre rzeczy, spadały na mnie jak piorun z jasnego nieba wywracając moje jakże niedoskonałe ale znane mi i w miarę spokojne życie. Odnosiłam wrażenie, jakby miotało mną jakieś tornado. Raz pod górę raz w dół, jak na diabelskim młynie. Na dodatek miałam poczucie, że zupełnie nie mam kontroli nad tym co się dzieje. Czułam, że LOS znalazł szczególne upodobanie w udręczaniu mnie i ze stoickim spokojem przyglądał się czy mój pojazd wypadnie z drogi na kolejnym zakręcie.
Pod koniec 2007 roku byłam już boleśnie poobijana ale właśnie powoli zaczęłam się podnosić kiedy tornado nabrało straszliwego przyspieszenia. Wszystko oprócz jednej rzeczy przestało mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Działałam jak nakręcona zabawka. Szpital- praca- dom- szpital- praca- dom- szpital...wszędzie i nigdzie...nie widziałam już ani drogi przed sobą , ani zakrętów. Miałam tylko przeświadczenie, że właśnie zmierzam nieuchronnie do jakiejś przepaści bez dna.
Przez ekran mojego komputera przebiegło hasło Vipassana i poczułam, że jest mi ono jakoś dziwnie bliskie. Samo hasło brzmiało nie wiedzieć dlaczego trochę jak jakiś balsam. Nie bez wahania i rozterek wysłałam aplikację. Miejsc już nie było, ale miałam czekać, może się zwolni. Zwolniło się. Otrzymałam całą listę : jak się przygotować, co brać, czego lepiej nie, jak dojechać. Regulamin warsztatów znalazłam na stronie internetowej. Chciałam, ale z drugiej strony obawiałam się , że siostra ze swoją złamaną nogą nie będzie mogła mnie zastąpić przy sparaliżowanej matce w szpitalu. Jechać... nie jechać...a co jeśli wtedy...i bałam się nawet w myślach wypowiedzieć to słowo.
CISZA PO BURZY
Lipiec 2008. Nastała przenikająca wszystko cisza. I znowu LOS wziął sprawy w swoje ręce. Po pogrzebie mojej matki snułam się bezmyślnie ulicami i nie bardzo wiedziałam czym wypełnić tę ciszę. Przygotowania trwały krótko i oto jadę do Starkowa.
DZIEŃ ZERO
W Zbąszynku dosiadło się sporo ludzi z plecakami. Pomyślałam, że pewnie część z nich jedzie tam gdzie ja. Niedaleko zajęła miejsce młoda dziewczyna z małym plecakiem , do którego przymocowany był kolorowy jasiek. O, ta to na pewno na Vipassanę. Pewnie zamierza siedzieć na tym jaśku. Pomyślałam, że moja poduszka do medytacji jest ciężka , trzeba było wziąć jasiek.
Zatrzymujemy się w szczerym polu, tylko napis STARKOWO świadczy, że jestem na miejscu. Wysiadam i z radością zauważam, że ta młoda dziewczyna wysiada również. No to idziemy razem.
..." Do you speak english? "... Jasne, że " spik inglisz" ale kiepsko i już dawno nie ćwiczyłam. Mówię, że tak , ale bardzo słabo. Uśmiecha się sympatycznie. Ma na imię Ann i jest z Niemiec. Gada i gada , a ja niewiele rozumiem. To pół biedy. Mogłabym grzecznościowo kiwać głową, ale ona mi najwyraźniej zadaje jakieś pytania . Kręcę głową, że nie wiem o co jej chodzi . Jestem na siebie zła, że zaniedbałam naukę angielskiego.
Wejście do szkoły od strony boiska jest otwarte ale w szkole jeszcze nikogo nie ma. Tuż przy drzwiach na ścianie wisi kartka z prośbą , żeby zdjąć buty i po szkole poruszać się boso lub w kapciach, bo piasek się nanosi. Posłusznie obie zdejmujemy buty. Zostawiamy je pod ścianą razem z bagażem. Idziemy szkolnym korytarzem boso. Gdziekolwiek wisi cokolwiek na ścianie, jest szczelnie zakryte szarym papierem, okna też. Zaglądam do pierwszego z brzegu pokoiku. Biurko, szafki, krzesełka, na podłodze leżą trzy materace. Aha... tak będziemy mieszkać, myślę. O.K. Wiem, że ma być skromnie. Uważam, że jest nieźle, schludnie.
Niespodziewanie pojawia się przed nami miła, młoda, serdecznie uśmiechnięta dziewczyna. Jest ubrana nad wyraz skromnie, zero makijażu, zero ozdób, prosto zaczesane włosy. Promienieje jednak od niej coś dziwnego i przenikającego mnie do głębi. Nie mogę oderwać od niej oczu. Idziemy razem do stołówki. Tu też jest skromnie ale schludnie. Rzędy stolików przykrytych ceratą i krzesła. Okna jak wszędzie zakryte szarym papierem. Wypełniam ponownie bardzo szczegółową aplikację. Odpowiadam na drobiazgowe pytania dotyczące zdrowia, pracy i osobiste dane. Następnie składam podpis, że nie wyjadę przed zakończeniem warsztatów, i że z pełną świadomością zgadzam się na przestrzeganie obowiązującego tu regulaminu. Oddaję do depozytu na czas pobytu telefon, dokumenty, portfel, gazety i kilka innych drobiazgów, aby się o nie nie martwić kiedy będę siedzieć całymi dniami na sali medytacyjnej. Jedzenie, jeśli mam mogę zjeść lub oddać do kuchni. Dostaję karteczkę z numerem pokoju i materaca. Jestem zalogowana - myślę.
Odkrywam z radością, że będę mieszkać w tym samym małym, schludnym pokoiku, gdzie wcześniej zaglądałam. Blisko do wyjścia. Blisko do łazienki. Blisko do ściany informacyjnej, gdzie rozwieszone są kartki z programem zajęć i inne ważne dla nas pouczenia. Informacje są po polsku i po angielsku. Pokój, w którym zamieszkałam był jedyny chyba jak się potem okazało, w którym nie pozaklejano papierem okien. Była za to błękitna roleta. Na wprost okna w odległości jakieś 300 metrów na niedużym wzniesieniu stoi mały urokliwy kościółek. Zastanawiam się, gdzie jest sala medytacyjna.
Po jakimś czasie, kiedy z zapamiętaniem układałam swoje rzeczy w szafce i na półce, pojawiła się druga osoba w naszym pokoju, potem jeszcze jedna. Miałyśmy trochę czasu , żeby się zapoznać. Irena, przyjechała z wyspy Wolin, Danusia aż z Włoch. Każda z nas wiąże z tym pobytem jakieś nadzieje, ale też obawy. Jak to będzie, czy da radę? Nie wiemy co nas czeka. Jesteśmy po raz pierwszy. Opowiadamy o sobie chaotycznie, wszystkie jednocześnie, dużo i nieskładnie. Wiemy, że to ostatnie godziny rozmów. Kiedy po wieczornym spotkaniu zacznie obowiązywać SZLACHETNE MILCZENIE , będzie ono trwało aż do ostatniego dnia. Nie będziemy rozmawiać ani porozumiewać się ze sobą w jakikolwiek sposób. Ani kontakt wzrokowy, ani fizyczny, ani pisemny, ani żaden inny. Dom kobiet. Dom mężczyzn. Jadalnia przedzielona kotarą. Mężczyźni i kobiety osobno. To samo w sali medytacyjnej. To samo na boisku, które zostało sznurkiem podzielone na teren dla kobiet i dla mężczyzn. Nie bardzo sobie to wyobrażam, żeby tak przez tyle dni...
Spotkanie organizacyjne mamy w stołówce. Na razie wszyscy razem. Jeszcze raz informowani jesteśmy punkt po punkcie o szczegółach regulaminu. Słucham , rozumiejąc coraz lepiej, że stawiane nam wymagania nie są bezpodstawne, że podyktowane są uzasadnioną potrzebą. Mają nam wszystkim stworzyć możliwości oderwania się od stresującej codzienności i maksymalnego skupienia na Vipassanie. Jestem nastawiona raczej optymistycznie. Dzięki dotychczasowej systematyczności w jodze, 10 godzin siedzenia dziennie nie powinno mi sprawić większych trudności. Wierzę, że będzie mi łatwiej. Jednak na czas pobytu tutaj muszę zapomnieć o jodze. Zgodnie z regulaminem zabrania się praktykowania na własną rękę czegokolwiek.
Na wczesną kolację składa się zupa z soczewicy i herbata owocowa. Lubię soczewicę, często przyrządzam ją w domu, dlatego zajadam zupę. Wciąż legalnie, patrzę po innych uczestnikach. Na twarzach niektórych osób maluje się zakłopotanie. Chyba po raz pierwszy jedzą soczewicę. Cóż. Większość z nas robi tutaj coś po raz pierwszy.
Wieczorne spotkanie w sali medytacyjnej ma charakter informacyjny. Otrzymuję miejsce numer 14 , które będzie mnie obowiązywać do końca pobytu. Wyczytywani wchodzimy pojedynczo, zostawiając obuwie pod ścianą i zajmujemy miejsca. Na podłodze leżą równiutko rozmieszczone materace w szarych poszewkach. Rozkładam na materacu kocyk i poduszkę do medytacji. Powoli sala się zapełnia. Panuje tu jak wszędzie przyjemny półmrok. Okna są przysłonięte papierem. Ma to swoje dobre strony, bowiem sala dzięki temu nie jest zbyt nagrzana słońcem mimo upału na dworze. Powoli ustaje szelest przesypującej się gryczanej łuski w poduszkach.
Wszyscy siedzą cicho, wyczekująco. Do sali wchodzi bezszelestnie smukły, niewiarygodnie wyprostowany mężczyzna podchodzi do podium i siada krzyżując nogi. To nasz nauczyciel z Nowej Zelandii. Włącza magnetofon. Odtąd będzie nam towarzyszyć z kasety głos Goenki - założyciela Akademii Vipassany w Indiach, który będzie udzielać nam tą drogą instrukcji.
Męski, dźwięczny głos odśpiewuje w archaicznym języku kilka strof będących dobrymi życzeniami skierowanymi do medytujących ale też do reszty świata...Uświadamiam sobie, że właśnie się zaczęło...Jeszcze nie wiem dokładnie co, ale podświadomie wyczuwam, że to co się wydarzy w ciągu najbliższych dni być może zburzy budowany przez całe lata gmach moich przekonań, wartości, pielęgnowanych lęków i bólów nie tylko fizycznych. Kiedy wracamy po wieczornych zajęciach idziemy pojedynczo, każdy patrzy pod nogi lub w bliżej nie określoną przestrzeń przed sobą. Starannie unikamy jakiegokolwiek kontaktu. Wszyscy w ciszy i skupieniu. Sami ze sobą. Jakby nikogo wokół nas nie było.
Koniec części pierwszej.

