MOJE WSPOMNIENIA Z WARSZTATÓW VIPASSANY CZ.2 - Akademia Pozytywnego Życia


MOJE WSPOMNIENIA Z WARSZTATÓW VIPASSANY CZ.2

Medytacja » MOJE WSPOMNIENIA Z WARSZTATÓW VIPASSANY CZ.2


Ciszę przed świtem przeszył dźwięk gongu. Zawisł w powietrzu i pobrzmiewał aksamitnym tonem budząc nas na poranne medytacje. Spojrzałam na zegarek. Ludzieeeee, przecież dopiero 4 rano!!! To chyba jakaś pomyłka, przemknęło mi przez głowę...

Szybka poranna toaleta postawiła mnie ostatecznie na nogi. Teraz ochoczo i podekscytowana wychodzę na dwór. Jeszcze panuje półmrok. Jest ciepły, cichy poranek. Cisza jakiej w mieście dawno nie doświadczałam. Dla takiej chwili warto wstać wyłamując się z ogólnie przyjętej "normalności". Przemierzam boisko energicznym krokiem.
Poranne medytacje polegają na obserwowaniu oddechu. Najbliższe trzy dni będą wyglądać podobnie. Będziemy praktykować Anapanę. Praktykowanie Anapany pozwala rozwinąć kontrolę nad umysłem. Z pozoru nie jest to trudne. Obserwujesz własny oddech, najpierw przepływ w nozdrzach, potem zawężasz obszar obserwacji. Kiedy wczuwasz się w naturalny przepływ oddechu, umysł wycisza się, uspokaja i wyostrza. Można wówczas rozpocząć podróż w głąb siebie.
Mój umysł po jakimś czasie zaczyna żyć własnym życiem. Zupełnie, jakby nie należał do mnie. Bujam w przestworzach własnej wyobraźni. Dopiero po dłuższej chwili przyłapuję się, że z Anapaną nie ma to nic wspólnego. Skoro nie mogę skupić się dłużej na jednej czynności, to jakim cudem na co dzień mój umysł radzi sobie z wieloma sprawami na raz. I pomyśleć, że umiejętności, które dotychczas udało mi się posiąść w obliczu góry stresów przygniatających mnie do niedawna nie wystarczają ani też nie pomagają w obecnym zadaniu. Postanawiam jednak nie poddawać się.

Z nieskrywaną radością witam gong, który nawołuje do zakończenia porannej medytacji i wzywa nas na śniadanie. Jakkolwiek organizatorzy starali się ograniczyć nam rozpraszających skupienie bodźców, to jednak wyrazisty zapach docierający z kuchni i stołówki wyraźnie ożywił nie tylko mnie. Na stołówce samoobsługa. Wazy wypełnione aromatyczną gorącą zawartością. Gdyby były wątpliwości, wszędzie leżą kartki z opisem, co jest w środku.
Nakładam sobie słuszną porcję: Płatki owsiane gotowane na wodzie i ryż. Płatki polewam komponentem z gotowanych suszonych moreli, śliwek i rodzynek. Trochę jak sos, trochę jak kompot. Wyczuwam delikatną nutę goździków i imbiru. Ryż polewam jogurtem. Ma raczej niespotykaną w sklepowej wersji konsystencję. Posypuję danie prażonymi nasionami lnu, sezamu i słonecznika. Razowe pieczywo smaruję masłem orzechowym. Popijam herbatkę z pomarańczy i melisy. Wszystko smakuje wybornie. Smakuje nie tylko dlatego, że jestem głodna. Jedzenie jest naprawdę pyszne. Po zjedzeniu posiłku każdy opłukuje po sobie naczynia w przygotowanej do tego celu wodzie i odkłada do kosza. Obsługa zaniesie je do zmywarki. Instrukcje rozwieszone na ścianach to świetny pomysł. Wszystko odbywa się sprawnie i w całkowitej ciszy.

Przygotowywanie posiłków to zadanie wolontariuszy, którzy usługując uczestnikom warsztatów mogą rozwijać swoje dana parami - bezinteresowne ofiarowanie swojego czasu i wysiłku. To jeden z elementów na Ścieżce Dhammy- drodze do wyzwolenia. Nikt tutaj za nic nie płaci ani nikt nie bierze wynagrodzenia. Nauczyciel i asystenci to także wolontariusze. Przyświeca im potrzeba bezinteresownej pomocy i dzielenia się z innymi, niczego nie oczekując w zamian. Służba taka przynosi korzyści nie tylko innym ale też tym, którzy ją ofiarowują, gdyż pomaga pozbyć się egoizmu i głębiej zrozumieć nauki. W ogóle nie pobiera się żadnych opłat za udział w warsztatach, jednak ci, którzy chcą, mogą ofiarować po zakończeniu kursu dobrowolną dotację, aby w ten sposób pomóc innym, którzy zechcą przyjechać na kolejny kurs. Ta dana jest jedynym źródłem finansowania kursów i ośrodków medytacji na całym świecie.

Kilka kolejnych godzin zagłębiania się w siebie niespodziewanie mnie rozkleja. Całkowicie puszczają emocje. Przemierzam boisko wolnym krokiem. Nawet nie staram się powstrzymywać, czy ukrywać łez, które nagle wypłynęły obfitym strumieniem razem z ciężkimi jak ołów emocjami.Mogę po prostu to zrobić. I tak nikt nie patrzy.
Postanawiam pójść na poobiednie, indywidualne spotkanie z nauczycielem. Wpisuję się na listę wiszącą na wprost mojego pokoju. Potrzebuję mądrej rady. Coraz bardziej doskwiera mi wewnętrzny ból emocjonalny, którego wcześniej nie czułam, tak głęboko gdzieś utkwił. Nie umiem sobie z tym poradzić.

Na spotkanie z nauczycielem idę razem z asystentką, która będzie naszym tłumaczem. Siadam na rozłożonym na podłodze materacu u stóp nauczyciela. On sam siedzi na specjalnym podium. Jego twarz jest skupiona i spokojna. Ciepłe spojrzenie pełne dobroci. Kiwa ze zrozumieniem głową, kiedy wylewam przed nim wszystkie swoje żale. Umiem nareszcie wyrazić głośno bezmiar bólu po śmierci bliskiej osoby. Czuję się winna, że nie mogłam nic zrobić, mimo, że sama jestem terapeutką. Jak mogę pomagać innym, kiedy nie potrafię pomóc sobie ani swoim bliskim. Mam wrażenie, że za chwilę mój dobrotliwy nauczyciel machnie cudowną różdżką i cały ten wewnętrzny zgiełk i ból znikną. " Właśnie sobie pomagasz. Będąc tu gdzie jesteś, robiąc to co robisz "- mówi, po czym pochyla się w moją stronę i wskazując palcami nos, dodaje: " oddychaj "!?

Dopiero po chwili ochłonęłam. Idę szybkim krokiem, jakbym zamierzała od czegoś uciec. Jeszcze nie umiem przyjąć tych słów, które przed chwilą usłyszałam, a przecież one stanowią sedno tego co tutaj robię. Czego się spodziewałam, że nauczyciel zdejmie z moich barków część tego ciężaru i będzie go dźwigał? Przypominają mi się słowa usłyszane podczas wykładu.
W życiu często wydarza się coś, czego nie chcemy, nie lubimy. Otoczenie zachowuje się w sposób, który nam się nie podoba. Rodzi to w nas niechęć do tej sytuacji, co z kolei wytwarza napięcie i stres. Im silniejszy przeżywamy stres, im więcej gromadzimy napięć, tym więcej w naszym umyśle powstaje mentalnych zanieczyszczeń ( negatywnych myśli). Nasze negatywne reakcje na niechcianą sytuację prowadzą do skłębienia się napięć i stresów w jeden wielki wewnętrzny Węzeł Gordyjski sprawiający, że cała nasza mentalna i fizyczna struktura jest przesycona cierpieniem. Stale dzieją się w naszym życiu rzeczy niepożądane. Nie ma na świecie takiej osoby, w życiu której wszystko działoby się zgodnie z oczekiwaniami. Jak więc sobie poradzić? Jak w takich sytuacjach reagować? Jak nie dopuścić do powstawania i gromadzenia się napięć? Jak zachować spokój i równowagę umysłu?
Od wieków ludzkość szukała takiego sposobu. Znaleziono bardzo prosty sposób. Zawsze, kiedy dzieje się coś negatywnego - reagujemy złością, strachem, generujemy negatywne filmy i monologi z serii " co będzie jeśli...". Negatywne emocje zaczynają w nas dominować i należy zrobić coś, co odwróci naszą uwagę od sytuacji wywołującej wzburzenie. Zrób cokolwiek: tańcz, spaceruj, śpiewaj, powtarzaj mantry lub imię Boga, albo po prostu policz do 10. Ten sposób okazał się jednak zbyt powierzchowny. Na zewnątrz spokój, pod powierzchnią wulkan. Wydaje się, że jesteś już wolny od gniewu a on zagnieździł się głęboko w twoim wnętrzu i z pewnością kiedyś odczujesz jego niszczące działanie. Badacze wewnętrznej prawdy przekonali się w trakcie swoich poszukiwań, że odwracanie uwagi jest tylko ucieczką przed problemem a nie rozwiązaniem. Odkryli, że najlepszym sposobem jest wyjście na przeciw swoim lękom i emocjom. Pozwalasz żeby emocje wypłynęły i obserwujesz, a kiedy obserwujesz - zaczynają słabnąć i znikają. Proste! Najprostsze pod słońcem! Zanim jednak nauczysz się obserwować emocje najpierw musisz poznać swój oddech. Zacznij od obserwowania oddechu. Kiedy coś Cię zdenerwuje, kiedy się czegoś boisz, kiedy dzieje się coś stresującego najpierw zmienia się twój oddech. Zachodzi fizjologiczna reakcja niedostrzegalna gołym okiem. Jeśli nie czujesz oddechu, nie integrujesz się ze swoim ciałem i umysłem jesteś na drodze donikąd. Doświadczanie swojego wnętrza pomaga zrozumieć procesy jakie tam zachodzą, następnie odpowiednio na nie zareagować, aby negatywne emocje nie spowodowały spustoszenia, kiedy już niewiele można zrobić.
Skoncentruj się na swobodnym przepływie. Swobodny wdech, swobodny wydech. Obserwuj i utrzymuj uwagę na oddechu. Tylko tyle...a może aż tyle.

Po 10 godzinach siedzenia jestem drętwa i obolała. To moja cena za lekcje, jakie pobieram. Nie narzekam, choć wyraźnie sobie uświadamiam, że i sprawność niewiele mi pomaga. Trzymam fason, ale marzę, żeby wreszcie się położyć. Noc jednak wcale nie przynosi ulgi, mam nawet wrażenie, że spokojne leżenie potęguje odczuwanie bólu. Przypominam sobie, że nauczyciel zalecał spacery, natomiast zdecydowanie odradzał zbyt długie leżenie. Teraz jednak jest noc, raczej nie będę spacerować... Jakoś w końcu udaje mi się zasnąć.

Koniec części drugiej.
« Powrót